policja

Mój pierwszy wpis o samochodowej przygodzie

Rzecz działa się ze środy na czwartkowe Boże Ciało, a taka okazja, jak Boże Ciało zdarza się tylko raz w roku, więc umówiłam się z przyjaciółką – nazwijmy ją Ewą – po pracy na francuskie wina. Wytłumaczę jeszcze krótko, że mieszkam w samym centrum, z okna widzę łamane daszki kamienic i wieżę poznańskiej Fary, więc Ewa przyjechała samochodem do mnie, bo mam bliżej do tego zbyt tłocznego lokalu na Zamkowej. Schowałyśmy skrupulatnie kluczyki i przed wyjściem wypiłyśmy u mnie wszystko przy dźwiękach dżezu z winyli, bo to sprzyja głębokim, filozoficznym wywodom. Naprawdę polecam, na tak niesamowite pomysły jak “j-jasne, sk’ro go kochażż to napiżż do niego, mimo, że olewa cię od tygodni” nie wpada się ot tak, na trzeźwo, bez odpowiedniej atmosfery i dobrej muzyki.

I kiedy następnego dnia uczciłyśmy małą łzą i chwilą ciszy stan naszych kont, okazałyśmy wszelkie dowody fizycznego męczeństwa i umysłowej udręki, pożegnałam się z Ewą i to miał być koniec historii. Tylko, że Ewa zadzwoniła do mnie pięć minut później, że nie ma samochodu, no, serio nigdzie go nie widać, ukradły skurwysyny, więc zbiegłam na dół, i nie uwierzyłam, póki nie zobaczyłam. Stał wczoraj legalnie na wprost mojej kamienicy, na miejscu parkingowym – a znam się na znakach drogowych – między jedną, a drugą białą linią, a teraz rzeczywiście go nie było.

Rozpoczęłyśmy poszukiwania, co oczywiście nie było pomysłem z tych wybitnych, zmieniających stan rzeczy, nastawienia i ideologie, bo raczej kradzionych samochodów nie znajduje się dwie przecznice dalej. Ale w takie dni mit 10% mózgu przestaje być tylko śmieszną anegdotą, wiadomo. Kiedy poszukiwania nie przyniosły spodziewanych efektów, wpadłyśmy wreszcie na pomysł zgłoszenia kradzieży Wyższej Instancji.

- Co się stało? – zapytał kurtuazyjnie pan policjant z miną zarzynanego wieprza.
- Chciałybyśmy zgłosić kradzież samochodu.

Pan policjant westchnął ciężko raz. Potem jeszcze dwa razy. Pooglądał swoje paznokcie, po czym rzekł:

- Zaraz.

Pchnął wahadłowe drzwi na zaplecze i zniknął w policyjnej czeluści. Idę o zakład, że wypił tam głębszego, bo wrócił znacznie żywszy i z odnowionymi zasobami zapału do pracy. Trzymał w ręce markowy notes z logotypem znanego jogurtu i długopis bez żadnych napisów.

- Co to był za samochód? – spytał rzeczowo pan policjant, zwarty i gotowy do notowania.
- Peugeot 107.

Błysnęło w jego oku prawdziwe przerażenie, nagle cały ten nowo nabyty zapał momentalnie zniknął. Wahał się jeszcze chwilę i zaczął notować. PE poszło mu sprawnie, ale potem poczerwieniał i dłoń zaczęła mu drżeć. ŻO 107 napisał i spojrzał dziwnie na to, co napisał. Ewa spuściła wzrok, ja stałam jak wryta wpatrując się w to peżo 107 i wiedziałam, że jeśli któraś z nas wyda z siebie jakikolwiek dźwięk, nie przestaniemy się śmiać do wieczora, wyrzucą nas z komisariatu i wcale nie znajdziemy tego samochodu.
W tym czasie pan policjant trochę ochłonął i spytał poważnie o numer rejestracyjny, wybawiając nas tym samym z opresji. Ewa podyktowała co trzeba i spojrzała w napięciu w jego oczy.

- Zaraz.

I znów zniknął za wahadłowymi drzwiami. Nie wiem, czy sprawdzał w góglach pisownię, czy pociągnął jeszcze dwa łyki na uspokojenie drżących rąk, ale wrócił z chłodnym obwieszczeniem o odholowaniu samochodu i złośliwie odesłał nas po dalsze informacje na Grunwald.

Po drodze przewinęły się setki pytań i domniemań, dlaczego odholowany, skoro stał tam, gdzie trzeba, na parkingu między liniami. Nie będę opowiadać hipotez o pijanych podróżach, bo to straszna wiocha, a my jesteśmy zbyt mądre, nawet po pijaku, żeby robić takie rzeczy.
Wszystko okazało się dużo bardziej banalne, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, “Peżo” odholowano, bo szła tamtędy bożociałowa procesja, a inny pan policjant z Grunwaldu zapewnił, że przecież musi być gdzieś informacja, że ktoś gdzieś z pewnością dopisał gwiazdkę, a przy gwiazdce zakaz parkowania w Boże Ciało od szóstej do piętnastej, i że proszę mi się tu nie wykłócać na komisariacie. A że z tej jednej ulicy dwadzieścia pięć innych samochodów spotkał podobny los, to nie jest wina złego oznakowania, tylko głupich ludzi, którzy nie czytają gwiazdek na parkometrach.

A puenta tej historii to za holowanie sześćset i stówa za złe parkowanie.

 

Read More